Twój koszyk jest obecnie pusty!
Luty dniem wody – jak wprowadzałam nawyk picia wody

Początkowo ten wpis miał przybrać formę dziennika, gdzie dzień po dniu opisuję swoje zmagania z wdrożeniem nowego nawyku. Po dwóch tygodniach zapisywania moich odczuć stwierdziłam, że taka forma będzie wyjątkowo nieatrakcyjna. Owszem – poznalibyście mój tok myślenia, ale nie wiem, czy interesujące byłoby czytanie „Znowu mi się nie udało” przez kilka linijek z rzędu.
Dziennik z moimi zapiskami został, a ja zdecydowałam się przekuć go w bardziej przystępną formę, w której już z perspektywy całego miesiąca jestem w stanie dorzucić kilka dodatkowych przemyśleń, niekoniecznie pochlebnych względem samej siebie.
Jeszcze słowem wstępu
W moich planach na ten rok mam sporo celów, które nie wiążą się z jednym wyznaczonym rezultatem, ale bardziej polegają na wypracowaniu sobie nowych schematów zachowania. Zgodnie z moją i nie tylko moją, filozofią, nie mogę wprowadzić wszystkiego od razu. Raczej stawiam na stopniowe dodawanie do swojego życia nowych nawyków i pewnych rutyn. Kalendarz będzie dla mnie takim pomocnikiem – każdy miesiąc poświęcę na próbę wprowadzenia jednego nowego nawyku i jego utrzymania. W lutym wzięłam na celownik picie 2 litrów wody dziennie, bo zaczynam zamieniać się w rodzynkę z powodu odwodnienia.
Jeszcze jedna ważna rzecz. Dla niektórych picie dużych ilości wody każdego dnia jest czymś normalnym, tak sobie przyswoili. Trzeba to trzeba. Ja od wielu lat twierdziłam, że picie wody to najgorsza i najohydniejsza rzecz. Woda nie ma przecież smaku. Zawsze wybierałam czarną herbatę z cytryną, najlepiej doprawioną cukrem i sokiem malinowym, w mojej nomenklaturze – ulep. Nic dziwnego, że przez tyle lat powtarzania sobie, że woda jest fuj, mój mózg nie uznawał jej za przysmak i skutecznie lekceważył ją na półkach sklepowych. Cudem udało mi się kilka lat temu wprowadzić nawyk picia szklanki wody po przebudzeniu. Przynajmniej mam z głowy pierwsze pół litra.
Trudne początki
Eksperyment rozpoczęłam od pobrania aplikacji do śledzenia ilości wypitej wody. Wiecie jak długo jej używałam? Jeden dzień. Wbiłam na licznik 1160 ml, a ośmiornica, brandhero apki, gratulowała mi co rusz wyciągniętym kciukiem lub strzelającym confetti. Powiadomienia z aplikacji zaczęły być na tyle irytujące, że mój mózg zaczął je ignorować i kolejnego dnia ośmiornica odpłynęła razem z wodą, której nigdy nie wypiłam.
W kolejnych dniach próbowałam wdrożyć wyzwalacz, który uruchamiałby picie wody. Wpadłam na genialny pomysł, że mogłoby to być parzenie herbaty. Kiedy jestem w domu – proszę bardzo – herbatka może iść w parze z wypiciem szklanki wody. Kiedy jednak próbowałam ten wyzwalacz uruchomić w pracy, okazywało się, że nie mam czasu na zrobienie herbaty przez długą kolejkę spotkań, więc i picie wody odeszło w zapomnienie.
Małe sukcesy
Przez kolejne kilka dni triumfowała moja butelka na wodę, którą wszędzie nosiłam. Sądzę, że wtedy udało mi się osiągnąć wynik ponad ustaloną, dwulitrową, normę. Wszystko skończyło się, kiedy nie napełniłam butelki przed jednym ze spotkań mówiąc sobie „Za chwilę to zrobię”. Za chwilę przyszło 5 godzin później, pokazałam butelce środkowy palec i wyszłam z biura do domu.
Któregoś dnia woda przegrała w pojedynku z herbatą. Wtedy zrozumiałam – muszę pić ciepłą wodę! To znowu podziałało na kilka dni, jednak czekanie na zagotowanie się wody, szczególnie w pracy, wychodziło średnio. A to poszłam przywitać się z szefem i później zapominałam o gotującej się wodzie, a to ktoś mnie zagadał i tak dalej i tak dalej. Wiecie, każda wymówka była dobra.
Nadal nie miałam też idealnego wyzwalacza, a dopóki nawyk nie stanie się bezwarunkowym odruchem warto zadbać o wyrazistość bodźca, który ma rozpocząć cykl.
Obniżenie oczekiwań
W połowie miesiąca trochę się poddałam, a trochę wiedziałam, że muszę dostosować wymagania do realiów. 2 litry wody, jak na osobę, która do tej pory krzywiła się widząc butelkę, lub choćby szklankę z wodą to dosyć dużo. Szklanka wody rano odhaczona, wprowadźmy więc jedną szklankę wody po pracy. Dociągnę w ten sposób do litra wody dziennie – to już 50% sukcesu.
W tym momencie powinnam napisać jak to każdego dnia po pracy udało mi się wypijać szklaneczkę, ale poszłam na urlop. Siedząc w domu wypijałam chyba 10 szklanek, latając w te i z powrotem do kuchni, żeby włączyć czajnik. I bardzo dobrze! Dzięki temu, że w domu wszędzie chodziłam ze szklanką łatwiej mi było przeszczepić to na pracowe realia.
Powrót do rzeczywistości
Po powrocie do pracy po urlopie zdecydowanie częściej sięgałam po wodę, praktycznie w ogóle zrezygnowałam z herbaty, zostawiam sobie ten przysmak na czas wieczorny. Wtedy mogę bez wyrzutów sumienia wypić miętę, melisę, a nawet earl grey! Szaleństwo😄
I to szaleństwo trwało przez kilka dobrych tygodni. Były wzloty i upadki, ale brnęłam w to dalej. Z czasem udało mi się zakodować w głowie, żeby wypić szklankę wody przed snem. Wiem, że niektórzy mogą mieć teraz przed oczami nocne wstawanie i ból pęcherza, ale po tygodniu organizm się przyzwyczaił i spokojnie mogę wypić 0,5 litra wody i spać spokojnie. W moim przypadku przed snem nie sprawdza się ciepła woda – wtedy mam gwarancję nocnych podróży😄
Wprowadzając stopniowo te wszystkie rzeczy udało mi się dojść do ok. 1,5 litra wody dziennie. Psiakrew! W moim wypadku to naprawdę ogromny sukces!!
Utrwalenie
Eksperyment przedłużył się na kolejne miesiące, a dzięki temu, że tekst powstawał tak długo, mogę Wam powiedzieć, co było dalej (te słowa piszę już w czerwcu!).
Kilka miesięcy temu powiększyliśmy pracową załogę o grafika – Daniela. I to właśnie Daniel zainspirował mnie do ciągłego picia wody w pracy. A metoda jest tak prosta, że nie wiem jak mogłam na nią nie wpaść wcześniej!!
Zaraz po przyjściu do biura idę do kuchni wsadzić pojemniki z jedzeniem do lodówki. Wychodząc z kuchni sięgam po 1,5 litrową butelkę. Jeśli Pani sprzątaczka uszanowała moje upodobania poprzedniego dnia, to pusta szklanka powinna stać na biurku. Ha! I tu mamy bodziec! A wiecie, że ja zawsze powtarzam, ŻE BODZIEC MUSI BYĆ.
W ciągu dnia gdy tylko widzę pustą szklankę od razu napełniam ją wodą a później już zupełnie odruchowo i bez myślenia wychylam jedną po drugiej niczym kiedyś mój ukochany ulep. Magic!
—
I tak to właśnie teraz wygląda: pół litra rano, pół litra wieczorem, pół butelki wody w ciągu dnia i szklanka wody po pracy. I tak oto wypłynęłam (dosłownie!) na szerokie wody z moim nowym nawykiem.
Fakt, trwało to dosyć długo, ale to tylko dowodzi temu, że metoda małych kroków do cholery działa! Trzeba po drodze cieszyć się ze swoich mikro sukcesów i płynąć dalej (nie mogę powstrzymać się od wodnych metafor😄 ).
Teraz, w czerwcu również eksperymentuję, a z czym – dowiecie się w lipcu!
Dodaj komentarz