Twój koszyk jest obecnie pusty!
Lipiec dniem szybkiej dychy! Jak wdrażałam nawyki sprzątania?

Dzisiaj na warsztacie ląduje brudna robota, czyli sprzątanie. Chciałam wypróbować metodę, w której sprząta się 10 minut dziennie z ustawionym minutnikiem. Stwierdziłam, że to dla mnie ostatnia nadzieja, dosyć mam potykania się o ubrania i dokumentowania przyrostu kurzu na każdej rzeczy w mieszkaniu.
Znalazłam dla Was nawet z tej okazji timer, który wygląda bardzo przyzwoicie. Spójrzmy prawdzie w oczy. Po wpisaniu w Google „timer” albo innych pokrewnych fraz raczej mamy do czynienia z licznikami rodem z lat 90-tych, które nie były aktualizowane co najmniej dekadę.
Oczywiście możesz użyć zwykłego minutnika na telefonie. Ba! Możesz nawet skorzystać z minutnika do gotowania jajek. Ja jednak każdy nawyk traktuję jak rytuał, który musi mieć swój wyjątkowy wyzwalacz. A rytuał sprzątania zawsze zaczynał się od włączenia fancy timera, który z jednej strony umilał oko, a z drugiej strony był użyteczny.
Przed rozpoczęciem miesiąca wymyśliłam sobie strukturę porządków, które chciałam realizować przez te 10 minut. Ja nawet sprzątać nie potrafię spontanicznie. Na wszystko muszę mieć jakiś plan – tutaj nie było inaczej.
Procedura
Chciałam postępować w określony sposób, aby uniknąć sytuacji miotania się z jednego pomieszczenia do drugiego z 10 rzeczami w ręku, które powinnam już dawno odłożyć na swoje miejsce.
- Śmieci do kosza – tego zawsze mam najwięcej, więc dobrze rozprawić się ze wszystkimi chusteczkami, opakowaniami po fajkach czy zużytymi maseczkami na samym początku.
- Nie w tym pomieszczeniu – tych rzeczy też było sporo. Nagle nie wiadomo skąd do dużego pokoju przywędrował dysk zewnętrzny z szafy w sypialni czy krem do rąk z łazienki.
- Nie na swoim miejscu – tutaj znowu statystyki nie są najlepsze. Generalnie jestem człowiekiem, który NIGDY NICZEGO NIE ODKŁADA NA SWOJE MIEJSCE.
- Do wyczyszczenia – prawie na koniec, kiedy wszystko już jest odłożone tam, gdzie powinno być zabieram się za wycieranie kurzy i odkurzanie.
- Zaległe połóż na wierzchu – tutaj prym wiodą zwroty z Zalando, bo do Żabki jak do śmietnika – zawsze jest za daleko i nigdy nie jest po drodze.
Kiedy już miałam wszystko obmyślone zabrałam się za wdrażanie postanowień w życie.
Pierwsze podejścia
W pierwszym tygodniu udało mi się zaliczyć szybką dychę dwa razy. Pierwszy raz przerodził się w dwudziestominutowe sprzątanie dużego pokoju – zadziałała magia ustawiania minutnika. I tak wiesz, że w 10 minut nie uda Ci się ogarnąć wszystkiego na tip top, ale odliczanie pozwala Ci w ogóle ruszyć tyłek z miejsca. Ja też traktowałam go raczej jako rozbiegówkę, niż jak zamknięte ramy czasowe, w których muszę się zmieścić.
Za drugim razem dobiłam do godziny i byłam w stanie w tym czasie z grubsza ogarnąć całe mieszkanie. Piszę „z grubsza”, ale tak naprawdę zawarłam tam też zmywanie naczyń, odkurzanie, czy złożenie ubrań z suszarki i ułożenie ich w szafie.
Dalsze próby
W kolejnym tygodniu oficjalna szybka dycha trochę odeszła do lamusa. Ustawianie odliczania zamieniłam na „Rusz dupę leniu” wypowiadane z lekką dozą nienawiści we własnej głowie. Procedura jednak nadal pozostała niezmienna. To ona trzymała w ryzach porządki i powodowała, że nie chodziłam z balsamem do ciała przez 20 minut robiąc po drodze sto innych rzeczy, żeby w końcu wylądować w łazience i odłożyć go na swoje miejsce.
Później, z każdym kolejnym dniem i procedura zaczęła zanikać. Kończyło się na wyrzuceniu zużytych chusteczek, opakowań po tabletkach i papierosach, a później byłam na tyle usatysfakcjonowana, że w nagrodę włączałam youtube’a i zalegałam na sofie na 2 godziny.
Co gorsza! Zaczęłam dochodzić do wniosku, że ten model sprzątania jest tylko lekiem, a nie zapobieganiem mojego bałaganiarstwa. Co z tego, że 3-4 razy w tygodniu poświęcałam 10 minut na sprzątanie, skoro w inne dni bałagan powstawał wręcz w zastraszającym tempie. Czasami nawet zastanawiałam się, czy nie mam klona, który podczas mojej nieobecności w domu nie wywala wszystkiego na środek pokoju. Gdybym miała teraz 10 lat i do pokoju wszedłby tata na pewno usłyszałabym „I tylko się tu jeszcze zesrać na środku!”.
Inne podejście
Dlatego w drugiej połowie miesiąca zaczęłam przywiązywać szczególną uwagę do wszystkiego co robię w domu i w jaki sposób to robię. Szybką dychę chciałam rozłożyć na cały dzień i mieć po 2 minuty na ogarnięcie każdego pomieszczenia na bieżąco. Zaczęłam się sobie przyglądać jakbym była inną osobą.
- Kiedy Gosia przychodzi z pracy z reguły ma ze sobą pojemniki po jedzeniu, jakąś paczkę i torbę. Co robi? Piżga wszystko na podłogę w dużym pokoju i może zajmie się tym za 2 dni.
- Kiedy Gosia w poniedziałek wraca ze swoich cotygodniowych Lidlowych zakupów ma ze sobą 2 pełne torby potrzebnych i mniej potrzebnych rzeczy. Co robi? Piżga wszystko na podłogę w dużym pokoju i rozpakowuje stopniowo zakupy przez kolejne dni, kiedy czegoś potrzebuje. Z reguły w niedziele wyjmie z nich zaległe produkty, żeby mieć torby na kolejne poniedziałkowe zakupy.
- A kiedy Gosia robi paznokcie to rozkłada lakiery, lampę, frezarkę i milion innych rzeczy (których liczba swoją drogą wystarczyłaby do otwarcia salonu kosmetycznego), a później zupełnie jakby ich nie zauważając idzie spać. Kiedy za 2 dni pył po piłowaniu paznokci już spokojnie zdąży opaść na wszystkie sprzęty elektroniczne to może w końcu łaskawie, niedbale zwinie swoje manatki i piżgnie je do szafy.
I takie właśnie obserwacje czyniłam przez kolejny tydzień. Masakra. Wiem. Ale wiem też, że wszyscy bałaganiarze teraz ciągną do mnie długą, niewidzialną nić porozumienia.
Dlatego walkę chciałam stoczyć inaczej
Wszystkie te obserwacje zamieniłam, z korpo mowy, w action pointy. Wiedziałam co muszę zrobić i w jakim dokładnie momencie, dlatego zaczęłam się uczyć nowych nawyków. Tak, wiem, że to niezgodne ze sztuką przyswajania jednego nawyku na raz, ale dałam sobie kredyt zaufania i stwierdziłam, że to dźwignę.
Gdzieś po drodze tego wszystkiego uzależniłam się od TikToka – nie pytajcie, nie wiem jak to się stało. Wpadłam na filmik, w którym dziewczyna uzupełnia zapasy w lodówce i szafkach w kuchni. Przesypuje wszystko do ładnych pojemników i równiutko ustawia. Tak mnie to relaksowało i satysfakcjonowało, że zaczęłam szukać podobnych filmów. Teraz mój feed na tiktoku jest wypełniony filmami o sprzątaniu, zakupach i artykułach z Amazona, które ułatwiają organizację, a ja w weekendy oglądam na youtubie kilkugodzinne maratony sprzątania.
I wiecie co? Nie da się wysiedzieć w miejscu, kiedy patrzysz, jak ktoś zapierdala ze ścierą i odkurzaczem 😄 Od razu wzięłam się do roboty. Z małych, codziennych nawyków zrobiły się generalne porządki, ale z każdym pociągnięciem mopa robiło mi się lżej i chciałam więcej! Teraz, gdy to piszę została mi do zaatakowania sypialnia. Nawet nie do końca jestem pewna co tam mam, ale kiedy nadejdzie odpowiedni moment zapewne się przekonam.
Wracając do codziennych nawyków
Codziennie szukałam dla siebie wskazówek, czyli bodźców, które wywoływałyby pożądane przeze mnie zachowania. I tak, po każdym przyniesieniu toreb z zakupami od razu je rozpakowywałam, myłam warzywa i owoce, kroiłam je i wsadzałam do pojemników, niczym rasowa tiktokerka. Garnki myłam jak jeszcze były ciepłe po gotowaniu, a stół w dużym pokoju porządkowałam, kiedy ryż na śniadanie dochodził do odpowiedniego stopnia ciepłoty.
Ustawiałam pranie wieczorem tak, żeby skończyło się nad ranem (dziękuję za funkcję opóźnionego startu!) i mogłam je rozwiesić, kiedy żelazko dochodziło do pożądanej temperatury. Po przyjściu do domu wszystko co przytargałam z pracy i to, co miałam na sobie odkładałam na miejsce. W tym akurat pomógł mi viral, w którym kobieta stanowczym głosem mówi „Don’t put it down, put it away” (zobaczcie tu). Przysięgam, że za każdym razem, kiedy chcę odstawić torbę z pojemnikami po jedzeniu w dużym pokoju słyszę jej głos, jakby stała mi za plecami. Grrr. Robię, co każe.
I tak, na każdą moją obserwację Gosi piżgającej coś w kąt dobierałam wyzwalacze uruchamiające zachowania, które miały moje mieszkanie utrzymać w porządku. Minął dopiero tydzień (już 3! Dopisuję to w połowie sierpnia 🙂 ), od kiedy można u mnie jeść z podłogi, ale ja czuję, że te nawyki zakorzeniają się coraz głębiej. Poznałam to wtedy, kiedy w pracy, po wytarciu rąk w ręcznik jednorazowy, zaczęłam zupełnie nieświadomie wycierać kran i umywalkę. Myślę, że niedługo wizyty sprzątaczki nie będą potrzebne 😄
Ale to już było
Miałam już takie okresy w przeszłości. Tydzień dbałam o porządek w domu, byłam z siebie dumna, wszystkim opowiadałam jak to mam czysto, więc wiem, że to może przeminąć. Tylko wiecie co? Wtedy nie znałam jeszcze siły nawyków.
Teraz każde swoje zachowanie czymś warunkuję i będę to robiła tak długo, dopóki te wszystkie czynności się nie zautomatyzują. Tak, to może chwilę potrwać, mówię to jako osoba z wrodzoną skłonnością do bałaganiarstwa. Ale, jak to lubię mówić – krok po kroku.
Na zakończenie
Podczas tego miesiąca, a w szczególności ostatniego tygodnia, przypomniałam sobie jak ja bardzo lubię sprzątać. Chyba najlepszą rzeczą w tym jest to, że nagroda po wykonaniu zadania jest na wyciagnięcie ręki. Czystość, ład, porządek i to uczucie pod gołymi stopami, kiedy idziesz po świeżo umytej podłodze. Ahhh, czy to nie jest cudowne?!
Dodaj komentarz